Polityka, miłość i...

Wpis

piątek, 14 października 2011

Wpis bez tytułu

                                        AD   ACTA

    Ostatnio daje się zauważyć, że wysocy urzędnicy – do spraw cyfryzacji i prawa, szczególnie autorskiego, podchodzą jak pijane dzieci we mgle do jeża.
    Zauważyły to liczne rzesze młodocianych internautów po czym, zdobne w wąsate maski, wyszły na ulice protestować przy pomocy transparentów i nierzadko cegieł. Media, poruszone tym ewenementem, ewentualnie ewentem, rozpoczęły żywą dyskusję o musztardzie po obiedzie. Z tej dyskusji, jak dotąd, nic nie wynika, bowiem wszyscy (urzędnicy, internauci i media) spierając się zajadle co jest swobodnym ściąganiem,   a co ordynarną kradzieżą, do jednego worka z napisem „Prawo autorskie” wrzucają hurtem wszystkie dziedziny kultury, z których można skorzystać (lub je podkraść) w internecie.
    Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli chodzi o internet – nasze prawo zawiera ich za mało, a nowe ACTA próbują rozwiązać trudne sprawy kultury w sposób godny rozsądzania kłótni na targowisku. Ich jedynym plusem jest wskazanie, czym właśnie zająć się należy.
    Prawo autorskie w odniesieniu do internetu musi być rozszerzone i znowelizowane   a kary dostosowane nie tylko do wagi przekroczeń, ale do dziedziny sztuki. Trudno karać jednakowo ściągnięcie minutowej piosenki i dwugodzinnego filmu, albo jednej fotografii i kilkusetstronicowej powieści. Nadto należy wziąć pod uwagę zwyczaje, które już w internecie się utworzyły i, choć nie skodyfikowane – obowiązują. Są gry,    w które można grać za darmo, są możliwe do ściągnięcia za (niewielką) opłatą, są nowe, które się kupuje w pudełku, a których, choć są najdroższe, nikt raczej nie kopiuje i do chmury nie wrzuca. Czemu taki obyczaj nie odnosi się do piosenek             i klipów? Moim zdaniem – bo trudno trafić utwór muzyczny w internecie oznaczony „free”, bo brak starszych przebojów do ściągnięcia za niewielką opłatą a są tylko pirackie kopie, bo istnieje przymus – kupuj, bracie, w kopercie, pod banderolą i puszczaj tylko sobie – a brat takiego przymusu za własne, duże pieniądze nie lubi i chce się pochwalić nową zdobyczą przed całym facebookiem.
    Jeśli potraktujemy internet jako wspaniałą, globalną kurtyzanę, mamy łatwe porównanie z prawami już istniejącymi od wieków. Za uprawianie swego zawodu nie powinniśmy jej, ani jej klientów karać, chyba, że się publicznie zachowują nieobyczajnie; karany winien być ten, który z pirackiego procederu ciągnie zyski jak alfons, lub w inny sposób mu pomaga jak rajfur czyli bezinteresowny paser. Temu chyba nawet rzucający najcięższymi cegłami internauta nie zaprzeczy.
    W internecie powinny powstać firmy płacące tantiemy twórcom i udostępniające utwory muzyczne, filmy, książki, pisma, sztuki plastyczne, widowiska telewizyjne, gry, programy itp. itd. za rozsądne opłaty, których wysokość może być miarkowana przez masową popularność. Podobne firmy już istnieją (np. Amazon), ale u nas stanowią rzadkość. Taki rozwój wypadków wytrąci cegły z rąk „obrońcom praw twórców”, a że nie są to tylko pobożne życzenia świadczy wywiad, jakiego niedawno udzielił minister kultury, Bogdan Zdrojewski. Powiedział on: „Państwo polskie stać na to, aby wszystkich współczesnych polskich pisarzy wyposażyć w tantiemy i umieścić ich książki w domenie publicznej. Trudniej jest z filmami i nutami. Ale w wielu dziedzinach na domenie publicznej może znaleźć się gigantyczny zasób kulturowy za stosunkowo niewielkie pieniądze z pożytkiem dla wszystkich.”
    Zakończę modlitwą ateisty: daj, dobry Boże, aby to się Panu Bogdanowi sprawdziło.
                                                                                                 (30.01.2012)

 

                                    ĆWIERKAM  DO  PREMIERA

            Artykuł premiera Tuska „Trzecia fala nowoczesności”, który ukazał się 19. marca 2011 w Gazecie Wyborczej dał mi pewną satysfakcję. Spośród pięciu najważniejszych priory­tetów na przyszłość (Unia Europejska, innowacyjność i edukacja, rozwój młodych Polaków, efektywne gminy, finanse) jako trzeci wymienił ten, o którym pisałem miesiąc temu w swoim blogu „Prawdziwy dramat”. Wątpię, aby premier miał czas na czytanie blogów, więc satysfakcja polega na wspólnym dostrzeganiu spraw do poprawy. Co prawda, premier widzi, że „młodzi ludzie [...] często bywają gorzej wynagradzani i żąda się od nich dłuższego czasu pracy”, ale rolę państwa w zmianie tej sytuacji ogranicza do edukacji i pomocy w zawarciu „kontraktu dla młodych”. Pomiędzy pracodawcami i poszukującymi pracy? Związkami zawodowymi? Młodymi pracownikami? Bankami a młodymi klientami? – Tego premier już nie wyjaśnia.

            Młodzi, to nie tylko pracownicy. To nasz potencjał rozrodczy, którego zupełnie nie szanujemy. Nie tylko zarobki są dla nich ważne. W swoim blogu pisałem: „Brak pomocy państwa w uzyskiwaniu tanich mieszkań (przy sporej ilości tzw. pustostanów w miastach) skutkuje zwiększaniem się liczby bezdomnych, których podczas mrozów musi zbierać z ulic policja, by ich dostarczać do przepełnionych (ale nie państwowych) schronisk.” Bez własnych mieszkań, a nie mając dość pieniędzy na wynajem, młodzi nie będą się rozmnażać. Idea TBS-ów, zdaje się, zmarła śmiercią naturalną, buduje się obecnie apartamentowce. Czy rząd nie widzi tu swojej roli? Samą edukacją młodej rodziny nie nakarmimy, ani nie zapewnimy jej dachu nad głową. Pani przewodnicząca „Polski Najważniejszej” zapomniała na chwilę o sprawach młodej rodziny, będąc zajęta sprawą pewnego pucułowatego europosła. Stąd też pomocy młodym trudno się doczekać. Pozostaje ćwierkać na Tweeterze lub blogować na bloxie, co też czynię, jako samozwańczy przedstawiciel młodych.   (21.03.2011)

 

                                    PIESEK  WYJE  NA  OFE  

            „Żeby pieska mniej bolało, trzeba mu obcinać ogonek po troszeczku”... Przytaczam to zalecenie, okropne tak przez sam temat, jak i sposób wykonania, jako przykład kunktator­stwa, które nigdy się nie sprawdza: ani przy odwlekaniu dobrych działań, ani nawet (para­do­ksalnie!) przy złych.

            Po wysłuchaniu i poczytaniu wielu zagmatwanych mniej lub bardziej wyjaśnień roli OFE w sprawach naszych przyszłych emerytur i dzisiejszych finansów budżetu, powoli rola ta krystalizuje się, że tak powiem, na scenie mojego umysłu.

            Otwarte Fundusze Emerytalne zostały wprowadzone po to, by gromadzone przymusowo składki „zarabiały” na giełdzie więcej niż w bankach lub na papierach wartościowych. Myśl słuszna, bo na giełdzie dobry makler może zarobić nawet ponad 10%, a lokata w banku czy w bonach skarbowych nie da więcej niż 6% (przeciętnie). Niestety, z obawy przed możliwością strat na giełdzie, wprowadzono zasadę (żeby pieska mniej bolało...), że OFE mogą lokować na giełdzie tylko do 40% swoich funduszy. To praktycznie uniemożliwiło wszystkim OFE owo większe „zarabianie”. Za swoją ciężką pracę lokowania w papierach skarbowych zarządy OFE brały jako swoje wynagrodzenie 14, później 10, w końcu 7% powierzonych składek. Gdy wreszcie doszło po wielu latach do konieczności rozpoczęcia pierwszych wypłat emerytur, okazało się, że zarządy OFE nie są do tego gotowe i wypłaty musiał przejąć ZUS. Zarządy OFE tłumaczyły się koniecznością kosztownych akwizycji tak nowych „składkowiczów” jak i podbieraniem ich konkurencji. Ciekawe, że mimo to osiągnięcia wszystkich OFE są na zbliżonym poziomie finansowym. Koszty akwizycji i reklamy powinny być zawarte w tych 7% na prowadzenie OFE, a nie obciążać samego funduszu.

            Przez wiele lat różne rządy nie kontrolowały, ani nie regulowały dostatecznie działalności OFE. W końcu obudził się rząd Platformy Obywatelskiej z ręką w... Postanowił, zgodnie z zasadą pieska zmniejszyć składki do OFE z 7,3% do 2,3% i zabronić akwizycji. Pierwsze daje wielkie oszczędności budżetowi, drugie ma sens tylko wtedy, jeśli koszty akwizycji obciążają same fundusze.

            Jeśli mamy kapitalizm – pozwólmy swobodnie konkurować OFE ze sobą, nie krępując ich zakazami, ale ich zarządy zobowiązując do ponoszenia lub ubezpieczenia ryzyka finan­sowego. Jeśli zaś socjalizm – zrezygnujmy z OFE całkowicie, wtedy budżet zyska jeszcze o 32% więcej. Półkapitalistyczne – półsocjalistyczne decyzje niczego nie załatwiają na dłuższą metę. A piesek obcinany po kawałeczku wyje.

            Zupełnie innym zagadnieniem jest łączenie kosztów emerytur ze wzrastającym wciąż zadłużeniem państwa. Budżet to wielki wór, do którego wrzucamy pieniądze z podatków i pożyczek a czerpiemy na wszystkie potrzeby: na emerytury, na administrację i wojsko, na szkoły, więzienia, odśnieżenia, odszkodowania za: powodzie, katastrofy i złe wyroki sądów oraz bezprawne decyzje urzędników i funkcjonariuszy. Też na spłaty procentów od zbli­żających się już do biliona zł pożyczek zagranicznych i kra­jowych, rzędu 40 miliardów. Które by tu najlepiej zmniejszyć z tych wydatków? Emerytury? Najlepiej nie, ale najłatwiej. (16.03.2011)

 

                                               WIĘCEJ  MIŁOŚCI

            Jestem człowiekiem złośliwym. Bawią mnie różne przytyki kierowane do osób dostojnych, chichoczę czytając o księżach jako o panach w sukienkach albo słysząc przejęzy­czenia nadętych przy­wódców partii, różne złośliwe powiedzenia sam nieraz stosuję. Jednak używanie ich na forach czy w dyskusjach publicznych mija się z celem, jeśli celem dyskusji jest przekonanie rozmówców, a nie ich obrażanie. Efektowne złośliwości nie są dobrym narzędziem, a już zupełnie do niczego są epitety w rodzaju: głupku, debilu, kretynie, masz g. w mózgu, szambo, spadaj i tysiące innych, tak często spotykanych na forach – ich jedyny skutek, to poprawienie samopoczucia piszącego, najczęściej właśnie prostaka. Otóż sam właśnie użyłem epitetu, na szczęście nie kierując go do osoby mającej nazwisko lub nick. Abstrakcyjny prostak się nie obrazi, mam nadzieję.

            Dyskusje polityczne w mediach, niestety, też polegają na złośliwym poniżaniu przeciwnika, a nie na przekonywaniu go (i słuchaczy) do własnego poglądu. Dziennikarze uwielbiają ten styl wypowiedzi polityków podpuszczając swymi pytaniami zaperzających się i prze­rywających sobie gości. Znanym politykiem staje się ten, który epitetem, aluzją lub zarzutem, często niesłusznym, najcelniej ugodzi adwersarza lub jego partię. Taki styl bywa widoczny też w parlamencie. Energia posłów, zamiast być skierowana na formowanie prog­ramów i ulepszanie ustaw, idzie na słowne pognębianie przeciwników. Efektem tego jest amatorski kabaret in statu nascendi (w stanie powstawania) w Sejmie lub w telewizji.

            Krytyka jest, i być musi, ważnym orężem w walce politycznej, ale opieranie na niej (to jest na krytyce i walce) całej działalności, jeśli nawet prowadzi do zwycięstwa, to na krótką metę. Przykłady mamy pod ręką: „Solidarność” z dziesięciomilionowego ruchu, który obalił ustrój, zmieniła się po zwycięstwie w jeden z wielu związków zawodowych, bo nie miała spójnego politycznego programu. Wiele partii dochodziło do parlamentu poprzez krytykę zastanego stanu, a następnie kończyło smutnie z braku dalszej pozytywnej pracy, jednym z przykładów może być „Samoobrona”. Tylko dobry (dla ludzi) program i jego konsekwentne przeprowadzanie daje partii politycznej pewność utrzymania się na politycznej scenie, a tym bardziej przewodzenia na niej.

            Potrzeba nam więcej miłości! Nie seksualnej, bo tej wszędzie mamy do syta, ale miłości społecznej, szacunku do innych ludzi. Także w polityce i mediach.

            Zresztą krytyka nie przeszkadza miłości.  (11. 02. 2011)

 

                                   PRAWDZIWY  DRAMAT

            Minęła kolejna rocznica wybuchu stanu wojennego. Wybuchu, nie „wprowadzenia”. Nikt, kto wtedy oglądał w telewizji film „Święty Paweł miał koguta” a zobaczył nagle ciemne okulary generała herbu Ślepowron i usłyszał jego odezwę, nie przypuszczał, że ten stan zastoju i wygaszania światła potrwa aż dziesięć lat. Następne dziesięć lat wyjęte z życia narodu.

            O takich zdarzeniach musimy pamiętać, ale uważam, że nie powinniśmy obchodzić ich rocznic. Wszelkie obchody są świętem, a wydarzenia tragiczne, przynoszące złe konsek­wencje, nie powinny być świętowane. Obchody 1. czy 17. września (agresji Niemiec i ZSRR), 1. sierpnia (Powstania Warszawskiego), 30. listopada (Powstania Listopadowego), 10. kwietnia (katastrofy smoleńskiej) itp. jako świąt narodowych – nie mają sensu. Czczenie swoich przegranych, swoich dramatów, swojego nieszczęścia – to polska specjalność, z której nie możemy być dumni. Do rangi świąt narodowych mogą pretendować daty zdarzeń przynoszących dobre skutki, na przykład 11. listopada, 4. czerwca, w ostateczności 3. maja.

            Nie w historycznych dziejach jednak upatruję prawdziwego dramatu. Dramat ten trwa i rozgrywa się codziennie na naszych oczach, a jest tak powszedni, że aż mało dostrzegalny. Jest to dramat ekonomiczny wchodzących w życie. Człowiek (a więc i Polak) kończąc szkołę czy studia znajduje się w najcięższym okresie swojego żywota. Trudno mu znaleźć pracę, jeśli ją dostanie – będzie najniżej płatna. Ten czas jest jednocześnie okresem zakładania rodziny, zdobywania mieszkania, zapewnienia jakiejś stałości bytowania. Przed takim zadaniem młody człowiek czy młoda kobieta stają osamotnieni. Ani państwo, ani Kościół, ani bank im nie pomogą. A tu zjawiają się dzieci i chcą jeść, chcą opieki, domu.

            Jak z tym dylematem radzą sobie młodzi ludzie? Szczęśliwsi, mający zamożne i dobre rodziny zostają przez nie wyposażeni, ich wejście w życie nie musi się łączyć z dramatem. Inni muszą albo, jako samotni, powoli dorabiać się własnego domu, co w naszych warunkach może trwać i 20 lat, albo zdając się na los i wyzysk mieszkać w wynajętym kącie, wychowywać dzieci w biedzie i niedostatku. Młodzież wychodząca z Domów Dziecka ma tylko taki wybór. Opcja dorabiania się jako singel jest szczególnie dramatem kobiety, bo w pó­źniejszych latach życia trudno jej marzyć o małżeństwie czy prokreacji. Niedostatek i brak perspektyw młodych małżeństw przy ich największym obciążeniu podatkami i składkami jest głównym powodem obniżenia dzietności populacji w Polsce.

            Brak pomocy państwa w uzyskiwaniu tanich mieszkań (przy sporej ilości tzw. pustostanów w miastach) skutkuje zwiększaniem się liczby bezdomnych, których podczas mrozów musi zbierać z ulic policja, by ich dostarczać do przepełnionych (ale nie państwowych) schronisk.

            Młody polski kapitalizm kieruje się zasadą: dodać temu więcej, kto ma więcej. Żaden bank nie zainwestuje w młodą, mało zarabiającą rodzinę. Tym bardziej należy powitać z zainteresowaniem program powstającej partii politycznej, którego punkt pierwszy dotyczy opieki (państwa) nad rodziną. Punktem drugim powinno być rozważenie dopłat do czynszów prywatnie wynajmowanych mieszkań czy pokoi. Oby udało się powstrzymać rozwój utajonego dramatu.  (10. 02. 2011)

                                               JAKIE HASŁO?

            Jeśli klub parlamentarny „Polska Jest Najważniejsza” przerodzi się w partię, jeśli ta partia uzyska wielu członków i zwolenników rosnąc w siłę – a jest to bardzo prawdopodobne – to możliwy jest czarny scenariusz dalszych zdarzeń.

            Chodzi o groźne umocnienie się prawicy w polskiej polityce? Nie, silna ale racjonalna opozycja będzie dla naszej polityki nawet korzystna.

            Więc „czarny scenariusz” polega może na dalszym budowaniu państwa fundamenta­listycznego?

            Tego też można się nie obawiać, bo chyba dalej w tym kierunku już nie pójdziemy.

            Niebezpieczne mogą być reperkusje międzynarodowe. Ponieważ każda akcja wywołuje reakcję, upowszechnienie hasła „Polska jest najważniejsza” wywoła, bo musi, powstanie podobnych partii w krajach ościennych. Wyobraźmy sobie, na przykład: „Niemcy, Niemcy, ponad wszystko” albo „Rosja zawsze zwycięża” – takie, lub im podobne, partie powstaną i zaczną coraz prężniej działać. Jeśli do tego ster w którejś z nich obejmie psychopata – trzecia światówka gotowa. Taki scenariusz może się wydać przesadny, jednak, niestety, tkwi w nim ziarnko prawdy.

            Miłe panie, które przewodzicie nowemu ugrupowaniu: swojej, korzystnej dla naszej polityki, działalności nie opierajcie na haśle podkradzionym PiSowi. Nowa partia powinna się nazywać inaczej. Choć może dla nas Polska jest najważniejsza, nie jest najważniejsza dla Europy, a tym bardziej dla świata. Więcej skromności, proszę.

            Proponuję hasło tymczasowe: „Polska jest kochana!”.  (09. 02. 2011)

 

 



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
amado80
Czas publikacji:
piątek, 14 października 2011 22:01

Polecane wpisy